Ja znam, aż za dobrze. W dzieciństwie miałam mnóstwo takich przypadków. Wciągałam się w sagi książek co chwilę innych. Pochłaniałam je szybko sprawnie i przede wszystkim zamiast snu i czytania lektur ( Henryk Sienkiewicz, wybacz mi!). Z czasem okazało się, że są dużo łatwiejsze światy które mogą wciągać - seriale.
I właśnie w jeden z nich zostałam ostatnio wciągnięta bez reszty. Sex w wielkim mieście (ang. Sex and the City) wciągnął mnie dosłownie i metaforycznie bez reszty. Zostałam totalnie zauroczona stylem, glamourem, niezwykłością tego świata. Nowego Yorku trochę wyższych sfer. Kto by nie był. Sukienki od Dolce&Gabbana, torebki Louis Vitton, szpilki Manolo Blahnika. Dodatkowo wszystko opakowane w schludne, niewymuszone stroje, piękne wnętrza i wyglądające tak naturalnie, że kiedy patrzysz do swojej szafy zastanawiasz się gdzie podziały się te twoje wszystkie sukienki od projektantów.
To nie tylko to. Carrie, Miranda, Samantha i Charlotte są mimo tego wszytskiego zwyczajnymi dziewczynami które spotykając się na kawie gadają o facetach, związkach i miłości. Roztrząsają każdą sprawę, każdy mały gest, wszystko. Są takie swojskie. Bycie dziewczyną nawet niewiadomo jak twardą = roztrząsanie, over-thinking, gadanie o wszystkim po 100 razy.
Jeśli komuś to przeszkadza , nie oglądać. Mimo, że dziewczyny normalnie pracują nie znajdziemy tam scen z sali sądowej, agencji marketingowej czy galerii sztuki ( chyba, że są bezpośrednio związane z tematem). One naprawdę gadają tylko o miłości. Aż o miłości. O jej szukaniu, znajdywaniu i traceniu. W końcu jak wiadomo, wokół tego wszystko się kręci ;)
Jeśli ktoś się wciągnie tak bardzo jak ja serdecznie polecam oczywiście wszystkie 6 sezonów ( krótkie odcinki). Dodatkowo dla kompletnych freaków obowiązkowo Carrie Diaries !!! I oczywiście oba filmy. Filmy można powiedzieć "nieco gorsze" ale to według mnie kwestia przystosowania formatu serialu do formatu filmu.
To co, dacie się skusić na nowojorską podróż?

